Czy surowy ojciec pomoże? - o różnicach między samokontrolą a samoregulacją - Marzena Jankowska

Blog

Czy surowy ojciec pomoże? – o różnicach między samokontrolą a samoregulacją

Pamiętacie słynny test Marshmallow?

W latach 60. ubiegłego wieku profesor Walter Mischel z Uniwersytetu Stanfordzkiego, przeprowadził eksperyment, który potocznie nazywany jest „testem pianki” (ang. marshmallow test).

Mischel przedstawiał dzieciom propozycję: możesz zjeść jedną piankę teraz, albo poczekać chwilę na mój powrót i w zamian otrzymać aż dwie. Jeśli dziecko decydowało się zaczekać, badacz wychodził zostawiając je sam na sam z przepyszną pokusą. Dzieci mogły w każdej chwili użyć dzwonka. Powiedziano im, że na jego dźwięk psycholog wróci a one będą mogły zjeść jedną piankę.

Od tamtego czasu eksperyment powtarzany był wiele razy. Spójrzcie sami jak zachowywały się dzieci w jednej z jego współczesnych wersji:

Test Marschmallow

Zabawne. Prawda? Jednak tym, co okazało się przełomowym odkryciem Mischela, był związek między umiejętnością opanowania pokusy przez dziecko, a sukcesem jakie odnosiło w szkole.

W eksperymencie wzięło udział 653 dzieci. Z tej całej grupy 30% maluchów potrafiło poczekać 15 minut, aby otrzymać drugą piankę. Dwadzieścia lat później badacz rozesłał do rodziców, nauczycieli i opiekunów każdego z nich kwestionariusze, które miały pomóc odpowiedzieć na pytanie, jak uczestnicy jego badania radzą sobie w życiu. Zebrane dane pokazały, że ta grupa dzieci miała wyższe wyniki w teście SAT (odpowiednik polskiej matury), lepiej radziła sobie ze stresem i sprawniej kontrolowała swoje zachowanie. Nie miała problemów z koncentracją i skupianiem uwagi oraz zawieraniem długotrwałych przyjaźni.

Kiedy urodziła się i dorastała moja córka, wielokrotnie przypominałam sobie o teście profesora Mischela i puchłam z dumy. Gdy urodził się i dorastał mój syn, chciałam jak najszybciej o nim zapomnieć. A poważnie mówiąc, zaczęłam się martwić o jego przyszłość i zastanawiać, jak mogę mu w tej samokontroli pomóc.

Dr Stuart Shanker w świetnej książce „Self-Reg. Jak pomóc dziecku (i sobie) nie dać się stresowi i żyć pełnią życia” daje nadzieje wszystkim rodzicom, którzy nie potrafią poradzić sobie z zachowaniem swoich dzieci. Wybuchy złości, nadpobudliwość, nieumiejętność skoncentrowania się na niczym pożytecznym na dłuższą chwilę, kłopoty ze snem, impulsywne zachowania (np. bicie i popychanie innych dzieci) często sprawiają, że czujemy się sfrustrowani i bezradni. Pomijając „tradycyjne” i już mało aktualne podejście do stresu jako reakcji walki i ucieczki – zawartość książki jest niezwykle ciekawa i praktyczna. Rzuca zupełnie nowe światło na to, czym powinno być wychowywanie dziecka.

Autor wyraźnie rozróżnia i definiuje dwa pojęcia: SAMOKONTROLA I SAMOREGULACJA. Samokontrola wiąże się z pojęciem siły woli. To nieuleganie pokusie. Kiedy ponosimy porażkę i zwyciężają nasze słabości czujemy się zawstydzeni, zażenowani, doświadczamy poczucia winy, a to bardzo często kończy się „pocieszeniem się” właśnie tym, z czym „walczymy”. W takich sytuacjach, zarówno w przypadku dzieci, ale także dorosłych (pracowników), próbujemy stosować kary i nagrody, by zmusić do samokontroli, co jest zupełnym nieporozumieniem!

Dlaczego tak często trudno nam w danej chwili zareagować tak, jak byśmy tego chcieli? Najnowsze odkrycia neuronauki tłumaczą, z jakiego powodu samokontrola nie jest najlepszym rozwiązaniem i jak możemy nauczyć się lepiej wpływać na swoje zachowanie.

Wszystkie wewnętrzne procesy, takie jak utrzymywanie odpowiedniej temperatury ciała czy napięcia mięśni wymagają energii. Najwięcej zużywa się jej wtedy, gdy „emocjonalny mózg”, czyli układ limbiczny, aktywuje reakcję stresową uruchamiając alarm, a za nim silne emocje. Włącza się wewnętrzny pedał gazu, rośnie zużycie energii i wyłączane są te ośrodki mózgu, które odpowiadają właśnie za samokontrolę! Wtedy pojawiają się problemy z zachowaniem naszych dzieci, ale także nasze własne czy naszych współpracowników. Samoregulacja polega na uciszaniu układu limbicznego, czyli wyłączaniu alarmu i wciskaniu pedału hamulca.

Stresory, z którymi nasze dzieci mogą sobie nie radzić, pochodzą z czterech źródeł: fizycznego, poznawczego, emocjonalnego i społecznego. Posadź dziecko na niewygodnym krześle, w dusznym pomieszczeniu oświetlonym ostrym światłem, zadaj wymagające koncentracji zadanie. Gdy jeszcze w tym miejscu coś dodatkowo go rozprasza (a może dodatkowo słabo spało), zadanie może się okazać niewykonalne. Analizując sytuację, nagle uświadomiłam sobie, jak często moje dzieci skarżą się na zbyt ostre światło, a mój syn dodatkowo na „brzydkie” zapachy (np. smażonego mięsa!). A im dziecko młodsze tym mniej będzie zdawać sobie sprawę z tego, że stresory w ogóle występują.

Najprostszym sygnałem, że pociecha nie radzi sobie z nadmierną liczbą bodźców są zachowania, które często traktujemy jako „niegrzeczne” lub wynikające ze złej (słabej) woli. Na przykład dziecko:

– ma problem z zasypianiem lub często budzi się w nocy;

– rano jest marudne;

– ma problemy ze skupieniem uwagi lub w ogóle nie słucha;

– łatwo się denerwuje, nawet drobiazgami, i ma trudności z uspokajaniem się;

– ma zmienne nastroje – raz jest radosne, a zaraz potem przygnębione;

– zbyt często się złości lub przejawia nadmierny smutek, lęk, niepokój.

Karanie za takie zachowanie (strofowanie, zawstydzanie) skutecznie pogorszy sprawę, bo kara staje się tylko dodatkowym stresorem. Jeśli „zadziała”, może to oznaczać, że mały człowiek wchodzi w niebezpieczny stan „zamrożenia”. Sprawia to często wrażenie samokontroli, ale jest jej przeciwieństwem. System jest tak przeciążony, że następuje jego wyłączenie.

O co zatem chodzi w metodzie Self-Reg? O to, żeby proces samoregulacji przebiegał na tyle sprawnie, żeby samokontrola była rzadko potrzebna. Składa się z 5 kroków:

1.    Odczytaj sygnały. Przeformułuj zachowanie.

Popatrz na „kłopotliwe” zachowanie z dalszej perspektywy i zadaj pytanie – czy dziecko, wie jak ma się zachować, czy ma ku temu wszelkie zasoby i możliwości i celowo nie robi tego, czego się od niego oczekuje. Czy może jego system jest przeciążony – poziom energii jest za wysoki lub za niski. Zachowanie dziecka to wskazówka – naucz się je prawidłowo rozpoznawać.

2.    Stań się detektywem do spraw stresorów.

Głośne hałasy, ostre światło, silne zapachy, tłok, nowe widoki i dźwięki, gwałtowne ruchy, niemożność poruszania się (np. w szkolnej ławce), zmiany, sam rodzic (robiący groźną minę, odsuwający się emocjonalnie, wykonujący gwałtowne ruchy) – to wszystko może powodować, że włączy się system alarmowy dziecka i utrudni lub uniemożliwi panowanie nad sobą.

Kiedy uważnie zaczęłam obserwować swoje dzieci w trudnych sytuacjach i analizować, co wydarzyło się wcześniej, nagle zaczęłam identyfikować bodźce „przeciążające system”. Kolejny krok jest oczywisty.

3.    Zredukuj stresory.

Poprzez obniżenie podstawowego poziomu stresu u dziecka redukujemy zużycie energii i zwiększamy jego rezerwy do radzenia sobie z codziennymi wyzwaniami.

4.    Poświęć chwilę na refleksję aby rozwinąć samoświadomość.

Celem metody Self-Reg jest nauczyć dzieci rozpoznawać zbyt niski lub zbyt wysoki poziom energii i regulować go. Jeśli dziecko zna tylko stan nadmiernego pobudzenia, to staje się on dla niego „normą”. Wtedy zarówno bycie spokojnym, jak też czerpanie przyjemności z bycia spokojnym, staje się wyzwaniem. Pomogą tu ćwiczenia mindfulness i oddechowe, które powtarzane zmieniają ścieżki neurochemiczne w mózgu dziecka i pomagają mu się odprężyć, a w końcu rozpoznawać różne stany pobudzenia.

5.     Zareaguj, żeby dowiedzieć się, co uspakaja Twoje dziecko

Po pierwsze zacznijmy od wyraźnego rozróżnienia pomiędzy „spokojny” i „cichy”. Czasem chcielibyśmy, żeby nasze dziecko było spokojne podczas podróży czy wizyty w restauracji, podczas gdy tak naprawdę chcemy, aby było ono cicho.

Dziecko przyklejone do ekranu tableta czy telefonu jest cicho, więc pokusa jest wielka. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyłączamy grę lub bajkę. Spokój to stan zupełnie różny od zahipnotyzowania tym, co dzieje się na ekranie. Charakteryzuje go poczucie relaksu i przyjemności, świadomość tego, co się dzieje wewnątrz (np. że jest smutne, zdenerwowane lub też zadowolone i radosne) i na zewnątrz (słyszy i rozumie nasze prośby). Jeśli chodzi o to, co prowadzi do spokoju, to niestety nie ma jednej uniwersalnej metody, ale na pewno nie jest nią żądanie, żeby dziecko się uspokoiło! Tu znów trzeba pobawić się w detektywa, pamiętając o tym, że relaksujące metody będą się zmieniały.

Zgodnie z doświadczeniami autora metoda Self-Reg działa na dzieci w każdym wieku. Myślę, że skutkiem ubocznym jej zastosowania będzie lepsze poznanie swojego potomka i wzmocnienie relacji z nim. Książka porusza wiele ciekawych tematów: wyraźnego odróżnienia kontroli od regulacji, zarządzania emocjami i rozumienia ich, przygotowania dzieci do nauki, ciekawe spojrzenie na rozwój społeczny (tu intrygujące zagadnienie neurocepcji, czyli spoiwa łączącego dwie osoby, ale też cały ludzi gatunek), rozwijania empatii i w końcu nastolatków – ten rozdział jeszcze przede mną!

Zachęcam do lektury rodziców, wychowawców, nauczycieli ale też pracowników służby zdrowia i liderów.

Literatura:

Shanker S. (2016) „Self-Reg. Jak pomóc dziecku (i sobie) nie dać się stresowi i żyć pełnią możliwości. Warszawa: Grupa Wydawnicza Relacja

Mischel W. (2015) „Test Marschmallow. O pożytkach płynących z samokontroli. Sopot: Smak Słowa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *