Blog

O robakach z brukselki i wybieraniu swojego dyskomfortu.

To był jeden z tych fajnych dni, kiedy zgodnie z moim najlepszym rytmem wstałam o 05.00 wypiłam kawę kuloodporną i wzięłam się za robotę. Uwielbiam ten czas! Cisza, spokój, nikt niczego nie chce. Dzieci wstaną dopiero za 2 godziny. Kiedy już wstały wyprawiłam je do przedszkola i poszłam pobiegać z moją włochatą Helą, która od rana sugestywnie trącała mnie łapą. Już robiło się gorąco. Wybiegając z lasu, mocno spocone vel zziajane, szczęśliwe mijaliśmy starszą parę. Ona spojrzała na nas z politowaniem i rzuciła do towarzyszącego jej pana: „No zobacz jak ona męczy tego psa!”

Natychmiast przypomniało mi się pewne wydarzenie z dzieciństwa. Po śmierci drugiej żony mojego dziadka, jako że mieszkaliśmy w jednym budynku, moja śp. Mama zaproponowała mu, żeby przychodził do nas na obiad i kolację. Dziadek Tomasz był z tych, co to rano zapinali pidżamę na wszystkie guziki i skrupulatnie składając ją i gładząc, kładli pod poduszką. Myślę, że dwie poprzednie żony, też przyzwyczaiły go, do „porządku”, więc dziadek oczekiwał, że wszystko będzie działo się w pewnym rytmie i miał swoje nawyki. Teraz widzę, że mój tato jest żywą kopią dziadka. Może to i dobrze, bo jakoś te rytuały strukturyzują czas i dają poczucie „ornungu”. Gorzej, gdy coś nie idzie tak, jak zostało zaplanowane…

Ja urodziłam się bardzo późno jako trzecie dziecko. Moja niesamowita Mama w czasie, gdy miała miejsce przypomniana mi przez zgryźliwą staruszkę sytuacja, zajmowała już wysokie stanowisko dyrektorskie w zakładach metalurgicznych, a wieczorami przez kilka miesięcy w roku badała jako biegły rewident potężne bilanse, głównie kopalni. Z jednej strony zawodowo była zupełnie spełniona z drugiej zaś niezwykle mocno przywiązana do tradycji i bardzo rodzinna. Wstawała, pewnie jak ja dziś, o 05.00 rano, bo przecież ten dwudaniowy, co dzień świeżutki obiad kiedyś musiał się zrobić. Ceniła sobie bardzo więzi rodzinne i dbała o to, żeby pewne rzeczy były niezmienne. Jak na przykład te wspólne z dziadkiem obiady.

A rzeczone wydarzenie z dzieciństwa wyglądało mniej więcej tak. Zasiadamy o wyznaczonej godzinie do wspólnego stołu. Mama podaje zupę jarzynową, w której pływają brukselki, a z tych brukselek zaczynają wypływać…małe robaczki. I kiedy już otwarłam usta, żeby oznajmić wszystkim swoje odkrycie i powiedzieć, że dziś zupy to raczej nie będzie – moja mama spojrzała na mnie tak sugestywnie i znacząco, że nie tylko zamilkłam. Pracowałam łyżką do ostatniej kropelki, skrupulatnie próbując robaczki omijać.

To było mocne doświadczenie. Wiele mówiące o ukrytych zasadach, które jednak w tym czasie, przynajmniej za życia dziadka, w domu panowały. Moja Mama długo była moim najlepszym przyjacielem. Jej śmierć zniosłam o tyle znośnie, że miałam poczucie, że niczego nie żałuję. Byłyśmy sobie bardzo bliskie. Dobrze pamiętam nasze wielogodzinne czasem rozmowy na różne, także trudne tematy. Nie wiem jakim sposobem jeszcze na to znajdowała czas… Z drugiej strony „dobre relacje” i utrzymywanie pewnego status quo też było ważne i mocno powodowane „tradycyjnymi wartościami”. Te zarobaczone brukselki były tego doskonałym symbolem. Lepiej zjeść robaki, niż spowodować czyjeś niezadowolenie?! Ciągłe stawanie „na wysokości zadania”, dawanie rady, uginanie się i rezygnowanie ze swoich praw i potrzeb, żeby kogoś nie urazić. To nie miało wymiaru patologicznego, raczej było to dość pospolite, ale jako nastolatkę już bardzo mnie w…wiało.

Mam wrażenie, że dziś widzę to jaskrawie w wielu miejscach i relacjach, oczywiście sama też nie jestem od tego zupełnie wolna.

A od czego dokładnie? Od próby zadowolenia wszystkich, spełniania wciąż atakujących z każdej strony oczekiwań. Od przekonania, że czasem lepiej „zagryźć zęby”, pocierpieć w ciszy, przeboleć, byleby wszystkim było miło i przyjemnie. Nie można być niegrzecznym i się kłócić. Nie wypada stawiać się starszym i tym na wyższym stanowisku, należy słuchać autorytetów. Trzeba „dawać radę”. Trzeba znaleźć na zewnątrz jakiś dobry drogowskaz i się go uchwycić. A najlepiej taki, który zwolni z myślenia i konieczności podejmowania samodzielnych decyzji i brania za nie odpowiedzialności.

Nie potrafimy stawiać granic bo boimy się samych siebie, bo się nie kochamy, bo nie kochamy swoich emocji, bo chcemy uniknąć „nieprzyjemności”. A jeśli nie stać nas na hojność w stosunku do samych siebie, nie będziemy mogli nią obdarzyć innych. W zamian dostaną od nas powierzchowne relacje, które prędzej czy później rozpadną się jak domek z kart, kiedy przyjdzie sytuacja tak trudna, że już nie będzie można udawać i utrzymywać wygodnego dla wszystkich status quo.

Osoby najbardziej, prawdziwie współczujące to jednocześnie te, które najmocniej stawiają granice. Jasno komunikują co jest ok, a co nie. Ale żeby to wiedzieć, trzeba być jeszcze w kontakcie ze sobą, zauważać i odczytywać swoje własne uczucia. Dawać sobie do nich prawo.

To nie jest w porządku, że nie stawiamy granic, nie mówimy co nas boli, co frustruje wkurza, a potem jesteśmy pełni złości i goryczy. Czy naprawdę prawdziwa miłość, szacunek i silne więzi czy nawet solidne relacje zawodowe wiążą się z „byciem miłym”?

Moja mentorka Brene Brown zadaje bardzo ważne pytanie: „Jakie granice muszę postawić, żeby zachować wewnętrzną spójność (integrity) i jednocześnie by stać mnie było na hojność w stosunku do ludzi? Hojność nie istnieje bez granic. To właśnie te niewygodne granice są kluczem do prawdziwej życzliwości i budowania więzi opartych na szczerości i autentyczności.

Jeśli wykonałeś tę trudną wewnętrzną pracę i postawiłeś granice stajesz się wolny, spójny i prawdziwy.

Warto zobaczyć 5 min. wywiadu z Brene Brown na ten temat: https://www.youtube.com/watch?v=_3ZdX4XzHA0

„Integralność to stawianie odwagi przed komfortem, przedkładanie tego, co właściwe, nad to, co zabawne, szybkie i łatwe, to wybór praktykowania wartości zamiast samego ich wyznawania.” (B. Brown „Rosnąć w siłę. Rozpoznanie, zmaganie, rewolucja”, s. 131)

Jak to zrobić? To trudne pytanie. Globalnie i raz na zawsze – nie wiem. Nie wiem czy się da. Ale wiem, że możemy zrobić COŚ. Na przykład w odniesieniu do jakiegoś ważnego obszaru w życiu lub relacji odpowiedzieć sobie na pytanie i wylistować – Co jest, a co nie jest w porządku?

Czy ważni ludzie, którzy cię otaczają na pewno to wiedzą? Czy dałeś im choć cień szans, żeby mogli to uszanować?

Warto też przyjąć kilka założeń:

– wszyscy staramy się jak możemy, a ludzie zachowują się najlepiej, jak potrafią. Co nie znaczy, że dobrze albo zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Znaczy tylko tyle i aż tyle: robią tak i tyle, na ile pozwalają im ich zasoby (motywacja, kompetencje, kultura, osobowość, temperament, świadomość, samopoczucie, siła woli, itd.) Od kiedy uczę się przyjmować takie założenie, znacznie częściej stać mnie na hojność, w stosunku do siebie i innych. Znacznie częściej też zamiast się wściekać i frustrować, włączam empatię i staję się „dostarczycielem brakujących zasobów” (oczywiście jeśli to możliwe i na tyle, na ile starcza mi własnych);

– rzadziej obwiniaj innych, a w zamian zastanawiaj się nad tym, czego sam chcesz i potrzebujesz i mów o tym;

– weź odpowiedzialność za swój własny dobrostan. Mówienie sobie „to nie sprawiedliwe”, „dlaczego mnie to spotkało”, „zasługuję na coś lepszego” – nie jest drogą do integralności, ale na pewno do osłabienia i frustracji. Jeśli uważasz, że nie jesteś traktowany uczciwie, coś nie powinno cię spotkać albo chcesz czegoś lepszego, to czy wyrażasz to wprost i szukasz możliwości, żeby to zdobyć, zamiast szukać winnych?;

– zaprzyjaźnij się z poczuciem dyskomfortu, nie zagłuszaj poczucia przykrości, nastaw się na nie, idź po „nie”, ale idź. Gdy godzimy się świadomie na to, że będzie bolało, będzie nieprzyjemnie – zapisujemy to po stronie ewentualnych ‘strat’, rośnie odwaga. Zamiast wszelkimi sposobami radzić sobie z dyskomfortem i unikać sytuacji, które go wywołują – sam go wybierz świadomie, w sytuacjach, które tego wymagają;

– nie porównuj się z innymi, ale szukaj w ludziach tego, co dobre. Poczucie, że musimy być lepsi, nieomylni, bezbłędni jest aktem nienawiści w stosunku do samego siebie i przełoży się też na innych;

„…Wielka odwaga może się kojarzyć bardziej z poczuciem wolności, któremu towarzyszy zmęczenie bitewne, niż ze świętowaniem. To samo dotyczy nabierania sił. (…) Wrastanie w siłę po upadku pogłębia zdolność do życia całym sercem, ale też często skutkuje dobrym, zdrowym zmęczeniem.”

Tego poranka gdy biegałyśmy z Helą stać mnie było na hojność, więc starsza Pani szczerze mnie rozbawiła. Obdarzyłam tę parę życzliwym uśmiechem. Taka przelotna sytuacja, która stała się inspiracją do napisania tego artykułu. Ale nigdy więcej nie zamierzam „jeść robaków” albo udawać, że „nie ma ich w zupie”, jeśli są, tylko po to, żeby uniknąć dyskomfortu związanego z czyimś niezadowoleniem. Jedzenie robaków, to też dyskomfort. Wybierz swój dyskomfort.

Źródło: Brene Brown „Rosnąć w siłę. Rozpoznanie. Zmagania. Rewolucja”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *